Musiał minąć
ponad rok, żeby życie przypomniało mi o tym, że słowo pisane jest po części
nierozłączne ze ścieżką mojego jestestwa i już. Większość dzieciaków dziś bawi
się w wideo nagrywanie, czy inne formy ekspresji wizualnej. Ja, człowiek starej
daty, pozostanę przy tym, co pozwoli mi uniknąć ekspozycji facjaty w ciągłej
formie czasowej – brylowanie na kartach mojego internetowego pamiętniczka.
Patrząc na
ostatni rok, 2018 jest jednym z pierwszych, w który wchodzę bez uczucia, że
‘ochuj nowy rok, nowe nadzieje’. Nigdy nie było tak, że chciałem spalić
poprzedni rocznik na stosie zbudowanym z jego kolejnych miesięcy, ale z reguły
pojawiało się mniejsze lub większe uczucie, że nadchodzi nowe, że będzie
lepiej, że teraz to ja wam pokażę. Jestem na etapie życia, gdzie egzystuję ze
sobą najlepiej od kiedy pamiętam bliższe relacje między wszystkimi
osobowościami zamieszkującymi moje jestestwo. I nawet to, że mam 37 lat, nie
sprawia mi szczególnego zawrotu głowy i palpitacji serca. Czy czuje się na swoje
lata? Nosz kurwa wiadomo, że nie. Nie wyglądam na swoje lata i nie, nie będę
oszukiwać, że jestem jakiś fałszywie skromny. Pracuję nad sobą, inwestuję w
swój wygląd, jestem gejem, posiadam pokłady próżności ponadprzeciętnej
niewiasty. Dodatkowo przeszedłem kilka momentów w swoim życiu, które pozwalają
mi być pewnym, że cokolwiek by się nie działo, to ja sobie poradzę. Przestałem
na życie patrzeć przez pryzmat tego, że mogę coś stracić, że jak coś się
kończy, to mi się coś odbiera. Nie.
Jak odchodziłem z
poprzedniej pracy, czułem, że nowy pizduś zabiera moje zasługi, przypisuje
sobie moje sukcesy, obrabia mi moją zgrabną dupę przed klientami, których ja
zdobyłem. Potem pomyślałem sobie, że chuj mnie to obchodzi, jeżeli ktoś zmieni
o mnie zdanie pod wpływem plotek trzymanego w piwnicy przez połowę swojego
życia odrzutu ewolucji o aparycji baterii R20, to znaczy, że taka osoba nie
jest warta mojej uwagi. Jego największym sukcesem jest takie wejście w dupę
komendantowi narodowego burdelu, że zdołał wyjść gardłem i wejść mu w dupę
jeszcze raz, zapętlając czasoprzestrzeń podlizywania się do kwadratu!
Najzwyczajniej w
świecie, czasem trzeba odejść, nie dbać kurwa o bagaż, nie dbać o bilet,
ściskając w ręku, kamyk zielony, patrząc jak wszystko zostaje w tyle! I nie,
nie mogę patrzeć na Marylę Rodowicz, która stała się obecnie dla mnie synonimem
lewatywy, która przez największe błoto przejdzie. Wiem, że sporo o lizaniu dupy
i ogólnie o tym, ale wspominałem już, że jestem pedałem, więc sami rozumiecie,
ta część ciała jest dla mnie ‘stosunkowo’ ważna (if ju noł łot aj min).
Wracając do szansonistki Maryli, bo artystką przestała być już jakiś czas temu,
gdy popełniane przez nią ‘nowe’ płyty wyrafinowaniem przegrywały z ubraniami z
Aliexpress… nie wiem, czy chcę brnąć w politykę na obecnym jej poziomie. W
czasach, gdy rządowym koordynatorem do spraw uchodźców staje się Beata, której
Kępa Krzaków nie tylko ma iloraz inteligencji mniejszy od kocanki piaskowej,
ale przede wszystkim nosi w sobie pokłady nienawiści porównywalne z tymi,
którymi J.K. Rowling obdarzyła Lorda Voldemort’a. Choć tak naprawdę Tom Marvolo
Riddle nie dorasta jej nawet do popękanej skóry na stopach.
Wracając do
Carycy Maryli, bo dokończę wątek, który w zasadzie mnie nie dotyczy aż tak
bardzo. Tak, tak, zrezygnowałem z kablówki, odbiornik służy mi tylko do tego,
żeby oglądać Netflix, albo Showmax. Nie mam anteny naziemnej, nie umiem się już
na własne życzenie katować tym, co serwowały mi rodzime stacje. Od tego czasu
zostałem ‘wyborcą’. To ja decyduję kiedy i co oglądam. Choć w zasadzie TVPiS
jest dodawana z moich podatków, więc trochę Bijonse Rodowicz i jej ‘popisy’
mnie jednak dotykają.
To, jak można się
sprzedać, jak można dać się wyruchać bez mydła, dla mnie, skromnego geja z
wielkopolski, który niejedno widział i niejedno robił, przekracza rubikon. Nie
wiem, czy poza spikerami z Dziennika Telewizyjnego, Anną Czopek, Dodą i kilkoma
innymi twarzami programów propagandowych jest ktoś, kto tak się zeszmacił.
Rozumiem, że ona jest już osobą posuniętą Kurksim i wiekiem, ale naprawdę, czy
jest aż tak uboga w finanse i szare komórki, żeby za te kopiejki oddać dorobek
swojego bogatego przecież życia? O ile Czopek Anna, dla której kobiety na
wysokich stanowiskach nie są szczęśliwe, świetnie się czuje jako jakaś
pierdolona paprotka w ładnej doniczce z Pepko za 4,99 polskich muszelek -
oczywiście po przecenie, o tyle Rodowicz… naprawdę? Widziałem jakieś fragmenty
jej występów, to było najzwyczajniej w świecie smutne. Babcia przebrana za
nastolatkę z oczami jak po LSD udaje, że to wszystko ma sens, że hej imprezka,
hej sokoły, hej kurwa cyganie… i tylko Górniak Edyty brakuje w ramach tej
romskiej przypowieści... Marylka na scenie naturalnie w kostiumie, który nie
może być oryginalny, bo u nas nic nie może być oryginalne, tylko ‘zapożyczone’
od nikogo innego, jak od Bijonse – bicz pliz! Teraz zaczynam zupełnie inaczej
traktować opowieści o tym, jak Marylka świetnie sobie radziła z komunistycznym
establishmentem doby głębokiego komunizmu. Wielkie nagle kurwa narodowe
katoliczki, jedna już dawno po rozwodzie, druga chyba, nie wiem i nie chcę
wiedzieć. Ania może lepiej niech już pójdzie na jakąś plaże dobrze wyglądać na
wdechu w jednoczęściowym kostiumie. Żegnam ozięble.
Z
przyjemniejszych przeżyć sylwestrowych, cieszę się, że zdecydowałem się zostać
w Poznaniu. W nowym SPA mojej szwester zorganizowaliśmy potańcówkę pod
znamienitym tytułem ‘KOSMOS”. Na szczęście lokal jeszcze przed otwarciem i
finalnymi poprawkami, idealnie nadał się dla niespełna dwudziestu osób na
powitanie Nowego Roku! Jak wspominałem, przyjechała z mroków średniowieczy
krakowskich Keri i chyba pierwszy raz w życiu obyło się bez łamania kończyn,
urwanych filmów, oddawania treści żołądka, nagłych zniknięć (czytaj:
angielskich wyjść), czy awantur. Jak za starych dobrych czasów naszych dziadów
i pradziadów, bawiliśmy się tańcząc do 6 rano. A zaczynaliśmy jakoś przed 21.00
czasu lokalnego, dnia 31 grudnia roku pańskiego 2017! Nawet część z nas
przebiegła się ulicami Jeżyc w geście solidarności z naszymi
przyjaciółmi-superbohaterami w różnych zakątkach świata. Jednym zdaniem, które
jest autorstwa mojej siostry ciotecznej Jolandy – miło było, a się nie
zapowiadało!
PS – nie muszę dodawać, że konkurs na najlepsze przebranie
wygrałem ze sporym zapasem i tak – szyłem je sam!
Postanowiłem zamieszczać utwory muzyczne, które zagościły na
mojej play-liście, dziś:



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz