poniedziałek, 22 stycznia 2018

maski opery kosmetycznej

     Nienawidzę, kurwa jak ja nienawidzę zimy wchuj! Jedną z najgorszych rzeczy na świcie jest zima w mieście. Ten kto to wymyślił, powinien dostać taki wpierdol, żeby odechciało mu się tak pojebanych pomysłów. Ja kurwa nie mogę tu mieszkać w tym kraju, to jest jakieś nieporozumienie z tym śniegiem jebanym, pierdolonym, białym ścierwem! Yo kurwa motherfocker tej! 
  



     Ok, nie ekscytuję się za bardzo, bo mi żyłka pójdzie i będę wyglądać jak po postrzale, a tego bym nie chciał, bo byłem u nowej kosmetyczki, która współpracuje z moja siostrą od niedawna i prezentuję się zjawiskowo! Co prawda, gdy na początku mówiła coś o jakichś kwasach, to się delikatnie wzdrygnąłem. Ja przecież LSD nie biorę od czasu liceum, po tym jak zgubiłem się z ziomkami na osiedlu Wichrowe Wzgórza. Przez skromne, jak nam się wydawało, kilka godzin błąkaliśmy się po tej uroczej sypialni poznania, gdyż każdy blok wydawał nam się być identyczny i w dodatku zbudowany z klocków lego. Nie wiem, czy kiedykolwiek tak bardzo bałem się, że nie trafie do domu, jak wówczas. Strach oczywiście potęgowany był tym, że była ZIMA. Na szczęście po powrocie do kumpla na hacjendę okazało się, że nie było nas zaledwie 15 minut… to były piękne czasy, cieszę się, że nie umarłem. Natomiast wracając do kwasu migdałowego… miodzio! Plus jakieś ampułki, płatki kolagenowe i maska… tak to ja mogę egzystować, oczywiście polecam bardzo serdecznie! Żanet Kaleta.

https://www.facebook.com/szeptybeauty/ 

 
     A skoro już o maskach mowa i zaczynam brzmieć jak blogerko kosmetyczno, to znalazłem idealne z glinką w Sephora. Dobre opakowanie, ma starczyć na cztery aplikacje – niestety ja mam wielki ryj, a czoło kończy mi się na karku, więc jak dla mnie to na trzy i będzie wielki sukces. Pięknie pachną (mam niebieską i szarą), skóra jest ultra zajebista i nie wysusza się,  jak przez to złote gówno z Bielendy, które nie wiem po co kupiłem, bo za złotem nie przepadam nawet. Także polecam, nie widzę ich na rodzimej stronie Spehora, ale w sklepie były – 25 polskich muszelek sztuka - https://www.sephora.com/product/clay-mask-P420145?skuId=1891902

Tak!:



Nie!:




     Przez te wszystkie kosmetyki i wściekłość na działania ludzi, którzy uzurpują sobie prawo do bycia ‘opozycją’, zapominałbym o cudownej wręcz inscenizacji ‘Halki’ w mojej ukochanej Operze Poznańskiej. Naście lat temu widziałem dzieło Pana Moniuszki, ale poza warstwą muzyczną, w dodatku nie do końca, nic nie było takie samo. Osobiście odbieram to jako mistrzostwo świata i doceniam odwagę reżyserów, których otwarty umysł pozwala odkryć w starych librettach coś zupełnie nowego.

     W przeciwieństwie do mojej mamy, która po ,Carmen’ obraziła się na nasz poznański dom tańca i muzyki za brak kostiumów, ja siedziałem wpatrzony w minimalistyczną scenografię opery Bizeta i ze łzami w oczach podziwiałem niewyobrażalny wręcz talent Małgorzaty Walewskiej. Podobnie było z ‘Macbeth’ Verdiego, jego pierwszej opery na podstawie dramatu Szekspira, która w sercu wielkopolski nabrała zupełnie innego wymiaru, ukazując nam bajeczne kostiumy żywcem wyciągnięte z ekstrwawagnazy ‘RuPaul’s Drag Race’ w scenografii hotelu w stylu Art déco!  Czego chcieć więcej!?






     Podobnie Halka, w której już na początku zachwiane zostają reguły gry i pierwszy akt rozpoczyna się przy opuszczonej kurtynie, a aktorzy, tancerze i chór odgrywają swoje role wśród publiczności i na balkonach. Reżyser Paweł Passini odchodzi w ,Halce’ od kontekstu narodowo-historycznego. Górale nie mają swoich pięknych strojów i przedstawieni są jako prymitywne plemię z rogami na głowach, przyodziani w skóry zwierzęce, w odróżnieniu od dystyngowanych paniczów we frakach, z włosami przylizanymi brylantyną.

     Halka nareszcie staje się synonimem kobiety na miarę czasów, a nie zwykłej wieśniaczki, dzięki czemu opera nabiera ponadczasowego i ponadnarodowego wydźwięku, ukazując takie problemy jak oportunizm, nierówne traktowanie kobiet, ocenianie ludzi przez pryzmat stereotypów, czy niesprawiedliwość społeczną. Niestety z tego co sprawdzałem, w tym sezonie ‘Halka’ nie wróci na deski Teatru Wielkiego w Poznaniu, ogromna szkoda i cieszę się, że udało mi się dostać cudem bilety na jeden z ostatnich spektakli, amen.




     Powracam też do starego jak świat pomysłu na siebie, czyli ‘będę pisarzę’. To co dotychczas popełniałem, kosztowało mnie niestety zbyt dużo emocji i jakoś nie potrafiłem tego dokończyć, może kiedyś. Muszę się rozprawić z kilkoma demonami przeszłości i widzę, że nie jestem na to gotowy, a bohaterka mojej książki jest chcąc-nie-chcąc wzorowana na mojej skromnej osobie. Jako numerologiczna ‘trójka’ jestem jednostką stosunkowo odważną, żeby nie powiedzieć – pozbawioną hamulców… moje brawurowe popisy powodowały i powodują, że bez odpowiedniego nadzoru i hamulcowego, wpadam z łatwością w dość poważne problemy i sytuacje prawie bez wyjścia… Co prawda mój charakter i hart ducha oraz wrodzony optymizm (a co, powlewam sobie) powodują, że nawet z największych opresji potrafię się wykaraskać, ale z takim podejściem, niczego nie ucząc się na błędach. Słowo daję, niczego! Zero! Nada! Niente! Kurwa szaleniec…

     Dlatego wpadłem na inny, genialny oczywiście pomysł. Bo na jaki inny mógłbym wpaść. Mianowicie wymyśliłem sobie na kanwie historii rodzinnych - Hrabinę Dobrogowską. Panią w wieku ponad średnim, mieszkankę Poznania – bo czego, która przypadkiem stanie się detektywem w pięknym okresie międzywojennym. Powiem wprost – jaram się tym pomysłem wchuj! Mam ukończone 3 rozdziały i nie mogę się doczekać, kiedy zasiądę do kolejnych! Pierwsza książka będzie miała tytuł ‘Hrabina Dobrogowska i gniazdo martwej ptaszyny’ – detektyw amator w sukienkach z epoki, wraz ze swoją ekstrawagancką kuzynką Ossolińską, będą musiały rozwiązać zagadkę podwójnego morderstwa ze Skandynawią w tle. Chyba w kolejną powieść będzie musiała zostać wpleciona nutka orientu, bo w aplikacji Goofle Arts and Culture wyszło mi, że moim sobowtórem na płótnie jest nikt inny jak 'European in Turkish Costume' Antoine de Favray! Popłakałem się ze śmiechu, słowo daję!





     I na zakończenie gość muzyczny. Przyznam szczerze, że pomimo dość łatwego doprowadzania się do stanów euforycznych, to wykonanie piosenki T. Love przez nieziemsko utalentowaną Stanisławę Celińską wbiło mnie w podłogę po samą szyję! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz