niedziela, 16 października 2016

przejrzyste gałki Gustawa

     A jednak mnie zaskoczył, po tym jak odmówiono mi 'nowego' szajsunga pod warunkiem wycofania wypowiedzenia (czekają mnie 3 miesiące z niedziałającym blekbery), mój przełożony zdobył się na iście przebiegły podstęp, godny co najmniej najlepszych asów wywiadu Albanii... polecił osobie z firmy, którą lubię i cenię, żeby wykonała do mnie połączenie telefoniczne i wspomniała, że byli pracownicy rozgłaszają na mieście, iż nie tylko odpalają ruskoje-szampańskoje z radości, że kolejny pracownik naszego zakładu odchodzi i Zakład upada, ale dodatkowo jedna z kreatur, której obecność była dla mojej skromnej osoby odczuciem porównywalna do klęczenia na szyszkach, szerzy plotkę, jakoby to nie ja odchodzę, ale wyjebano mnie za złe wyniki... te wyssane z butelki absyntu chyba informacje miały spowodować u mnie nie tylko powrót na łono matki-firmy, ale i bezsenne noce... bicz pliz! ronię papierowe łzy rozpaczy!




     Dlatego nadszedł dzień, w którym uskuteczniam ‘kambek’ na karty mojego internetowego pamiętniczka, za słowami pieśni-kolędy Irenki Santor – ‘Powrócisz tu’! Wracam, bo ujście muszą znaleźć emocje, które targają moim pięknym wnętrzem. Dzieje się sporo, niekoniecznie dobrego dla kraju, który mnie wybrał na obywatela, natomiast ja mam coraz bardziej mieszane uczucia i się boję! Boję się, bo każde ekstremum jest złe. Nie chcę tu wylewać gorzkich żalów, taplać się w buncie przeciwko władzy, bo to nie o to chodzi. Chodzi o to, że to co wyprawia poseł kaczyński i jego ‘pomazańcy’ zasługuje na więzienie, ale o tym kiedy indziej. 

     Natomiast to nie jest teraz najważniejsze. Symilką na szczycie tombakowej kolii jest to, co się dzieje w życiu polskiej nieprezydneckiej pierwszej damy – nie, nie myślę o niemej stewardessie żydowskiego pochodzenia, ale o Dżeki Oł. Te-Fał-Enu – niejakiej Małgorzacie R-Oł... wchodzę rano na kundelka-pe-el i co ja paczę? Jak to skromnie określa kreowana na Królową Sułarwiwru Gośka: szykuje się proces roku! W głowie jak dzwon dźwięczy mi ‘o co kepasa?’ Czy ona w końcu zabierze do sądu chirurga, który z sympatycznej dresiary zrobił figurę woskową...? Nie, skandal zatacza szersze kręgi, ja pierdolę jaka akcja, nie uwierzycie. Starszy Pan Jakub i jego córka ponoć brzydko się wypowiedzieli o jej wchodzeniu i wychodzeniu do agencji towarzyskich i jest draka na całego. A tak niedawno podziwiałem jej zdjęcia z Radosławem, na których wyglądała na wyluzowaną po wciągnięciu hurtowej bynajmniej ilości koksu, tudzież innego proszku do pieczenia... Rodzimy szołbiznes to jednak ciekawe zjawisko, a First Lejdi ma dla mnie więcej w sobie pierwiastka prostytucyjnego, niż dobrego smaku i stylu... 




     Jak można się domyślić, zmieniam pracę, choć może póki co pozostawię dla siebie bliższe informacje o zatrudnieniowym związku i jego szczegółach. Cieszę się i jednocześnie ronię czarne łzy rozpaczy. Jak by na to nie spojrzeć, zbudowałem to moje małe cudo na Placu Andersa tymi ryncami, tym potem, tą krwią, przy pomocy wielu cudownych ludzi. Przeżyłem najazdy wszystkich, od przepalonej ‘dziennikarki’ Polsat Njus, przez wszelkiej maści urzędy kontroli finansowej, po przystojnych panów z CBŚ – przysięgam Was, że dla jednego z nich niejeden z czytelników straciłby cnotę! Było wesoło, bardzo wesoło, wchuj wesoło, ale było też ciężko i groteskowo... życie, życie jest nowelą, chciałoby się zanucić za tematem muzycznym polskiej telenoweli emitowanej obecnie na antenie Te-Fał-Pis. 

     Co jeszcze ciekawsze – ja, osoba, która dla wielu pozostaje synonimem łysej pały – w końcu spełnia marzenie mojej siostry o tym, żeby zostać fryzjerką! Ja stylista fryzur! Gdyby ktoś pięć lat temu powiedział mi, że w ogóle będę trzymać prostownicę w rękach, a co lepsze, KRĘCIĆ NIĄ LOKI, to powiedziałbym ,że prędzej Bob Dylan dostanie literackiego Nobla, niż to się stanie... no cóż, chyba nie tylko ja pozostaję zaskoczony – Twoje zdrowie Bob stary druhu!

     Piękny wstęp, ale prawda jest dużo bardziej prozaiczna i jak większości dziwnych decyzji w moim życiu, związana z używkami. Najebany jak szpadel na jednej z imprez, obiecałem pod przysięgą i przy świadkach mojej rodzonej siostrze, krwi z krwi naszych wspólnych rodzicieli, że po fiasku jej samodzielnego podejścia do szkoły fryzjerskiej, nie pozwolę na kolejne niepowodzenie i będę jej towarzyszyć! A co qwa, ja nie pójdę? Ja? Ja nie będę fryzjerką...? BĘDĘ!

     Co prawda spodziewałem się, że do tego nie dojdzie, ale zważywszy na to, że Beata Kępa Krzaków stała się samozwańczą hamulcową ręką Broszki Woźnej Baty i potrafi wstrzymać drukowanie wyroków Trybunału Konstytucyjnego, warto mieć w rękach ogólnoświatowo rozpoznawalny fach, na wypadek ratowania się ucieczką przed pislamskim ponorem. Jedyny problem, jaki napotykamy z Marią Magdaleną Urszulą, to nasza niechęć do ludzi. Niestety z reguły my lubimy tylko te osobniki, które już znamy. Może nie wyglądam, ale z natury jestem potwornie nieśmiały, choć tego nie pokazuję na co dzień i szczególnie się tym nie chwalę. Co ma być, to będzie, pierwsze loki za mną i chwała bogu, ze Just Kejt jest cierpliwą pacjentką, a jej włosy odporne na ogień i chemię. 




     Nie pamiętam kiedy i co pisałem, ale do naszej podstawowej LGBT-owskiej komórki społecznej doszła nowa odnoga. W sumie historia zabawna, choć początkowo jej poziom komizmu był mierzony w skali odporności bólowej. Pikczer dys – poranek, ja oczywiście po nocy spędzonej na roratach, najtrzeźwiejszy ze wszystkich trzeźwych, otwieram twarzo-książkę i co widzę – Gustaw szuka domu. Post od koleżanki, która to szeruje błagalne ogłoszenie działaczki odzwierzęcej. Ja chciałem mieć drugie dziecko, ale mimo, że wspieram wiele fundacji, widziałem ogrom kotów, małych, dużych, chorych, zdrowych, burych, łysych – ju nejm it – żaden nie skradł mojego małego, czarnego serduszka. Aż tu qwa pojawia się Gustaw i ja wiem, ze to jest moje dziecko. Trochę jak wejście do Tiffaniego i ujrzenie idealnego pierścionka ze stumilionowo-karatowym diamentem! ON i nic więcej się nie liczy. Nieważne cedzone przez zaciśnięte zęby błagania mojego nieślubnego, pomimo uszu puszczam jego szantaże emocjonalne i groźby! Teresita będzie miała rodzeństwo, koniec, kropka. 

     Wytrzeźwiałem i jeszcze tego samego dnia popołudniu jechałem już po syna do działaczki. Wysiadam pod bramą kamienicy na poznańskich Jeżycach, która to bardziej przypominała budynek z powojennej Łodzi, ale pikuś, bo jadę po dziecko przecież. Nie zrozumcie mnie źle, mam kilotony szacunku dla jednostek dobrowolnie poświęcających swój czas i siły na pomoc naszym futrzanym przyjaciołom, ale qwa tej, są jakieś granice. Mieszkanie na pierwszy rzut oka wyglądało, jakby tam wpadło dwudziestu kloszardów, zostawiło swoje pakunki i uciekło. W tych pakunkach miotało się coś małego i szarego (czytaj: Gustaw). One dwie, on jeden, ja z jedną myślą w głowie – zabrać latorośl i spierdalać - jak najprędzej! Otrzymałem worek andronów o tym, jaki to Gustawek jest spokojny, jaki ułożony, że w sumie to on tylko qwa śpi i nic więcej... dość to było zaskakujące, bo ten sam Gustawek zapierdalał po całym tym barłogu, niczym noworoczny fajerwerk! Jedna z działaczek twierdziła nawet – zaskoczona faktem posiadania przeze mnie transportera – że ona sama to już dwukrotnie zabrała Gustawka do weterynarza na rękach... patrząc na to z perspektywy czasu, wydaje mi się, że albo zamiast kota wzięła przez przypadek kłębek wełny, albo mnie w żywe zwierciadła duszy kłamała! Oczywiście wszystko pięknie, dziecko miało mieć końskie zdrowie, wszystkie szczepienia, odrobaczenia i nawet certyfikat ‘Teraz Polska’. ASOM myślałem sobie w drodze do domu, ucieszony faktem opuszczenia pieczary. 

     Po przywiezieniu do domu rozpoczęły się oględziny Gustawa, bo qwa na drugi rzut oka, gałki Gucia nie były aż takie przejrzyste, jak by się tego można było spodziewać. Ponieważ ja jestem panikarzem i unikam jak ognia sprawiania moim dzieciom przykrości, jak zawsze do weterynarki wysłałem mojego faceta, niech kocię zapamięta, ze to nie ja byłam Ewą, to nie ja skradłam niebo...

     Renata – bo takie przezwisko, podchwycone przez wszystkich w mig, wymyśliłem dla mojego nieślubnego – wrócił do domu i nasz świat się zawalił. Okazało się, że staliśmy się rodzicami dziecka transdżender, małej Anny Grodzkiej, następczyni Rafalali... Nasz syn postanowił zostać kobietą! Dodatkowo kobietą z kocim katarem, robakami, brakiem szczepień i w dodatku zaledwie 6 tygodniami życia na karku, zamiast 3 miesięcy, o których opowiadały bajkopisarki z barłogu na Jeżycach! 

     Qwa jego mać, po co kłamać? Po co? Poziom wkurwu osiągnął u mnie wówczas wartość równą ciężarowi wody wypartej przez ciało Beaty Kępy Krzaków wrzuconej przez Greenpeace do Bałtyku – MILIARD! Na szczęście nie jestem stereotypowym przedstawicielem Polski B – mam toaletę w domu, nie głosuję na PiS, pracuję zawodowo, nie rucham się dla pińcet+ i mogę ciężko zarobione muszelki wydać na leczenie kota. 

    Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, mamy teraz dwie córki – Teresę i trandżender Üllå – zwaną też Neronem! Co prawda Üllå jest dzieckiem szczególnej troski, przestałem już liczyć ile razy udało jej się spierdolić na glebę, przecenić siły na zamiary przy wskakiwaniu na okno w sypialni (jest wyżej niż przeciętne okno), wpaść w różnego rodzaju przedmioty, które dla pozostałych domowników nie są niewidzialne, czy utknąć we wszelkiej maści szafkach i pudełkach, ale kocham ją szczerze miłością bezgraniczną i bezwarunkową. Podobnie jak Pani Teresa jest ogromnym darem i radością dla naszej nietuzinkowej rodziny! 













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz